Jak zostaliśmy kocimi dziadkami?

To nie my adoptowaliśmy Dybuk. To ona adoptowała nas. Widocznie wiedziała, że to całkiem niezła opcja, wobec tego, co miało ją niedługo spotkać…

Pewnego dnia, na początku lipca, przez kuchenne okno naszego hiszpańskiego domu zobaczyłam czarnego, nieznanego kociaka. To w Hiszpanii nie jest nic zaskakującego – liczba bezdomnych kotów jest tu spora.

Ale ten kociak był inny. Nie tylko dlatego, że nie miał większości ogona. Ale również dlatego, że kiedy złapał przez okno moje spojrzenie, nie uciekł jak inne, ale rozpaczliwie zamiauczał.

Pomyślałam, że jest głodny i wyszłam z karmą. Mały kot zjadł ją, ale manifestował całym sobą, że jest również albo przede wszystkim spragniony człowieka – na końcu notki znajdziecie nagranie, na którym widać, jak to robił.

Nie mogliśmy go tak zostawić. Weszliśmy do ogrodu sąsiadów i bez większego trudu udało mi się zwabić, złapać i zapakować kota do transporterka.

W domu mogliśmy zauważyć 2 rzeczy. Kocie miało pewno nie więcej niż 6-7 miesięcy i zdecydowanie było dziewczyną. Zadziwiły mnie jej duże, jak na ten wiek, sutki. Przeraziła mnie myśl, że może ona ma dzieci, które karmi i które umrą, bo pozbawiliśmy je matki. W miasteczku jest weterynarz, więc nie bacząc na to, że nie mieliśmy umówionego spotkania, po prostu wbiliśmy do gabinetu.

Lokalny wet zrobił jej USG i stwierdził, że nie karmi, nie jest w ciąży, jest w bardzo dobrym stanie i na pewno jest tak młoda, jak myślimy. A krótki ogonek jest jej cechą naturalną, a nie – efektem jakiegoś wypadku. A sutki? Widocznie to również cecha naturalna…

Uspokojeni, postanowiliśmy zostawić ją w domu, żeby w Polsce oddać ją komuś do adopcji.

Już po pierwszym haśle rzuconym na FB znaleźli się chętni – para naszych bliskich przyjaciół. Po kilku dniach nastąpił zwrot akcji. Z przyczyn niezależnych od przyjaciół, nie było możliwe, żeby ją adoptowali. A i my uznaliśmy, że nie możemy oddać kogoś, kto nas wybrał. Zwłaszcza że mała była zdecydowanie kotem domowym, widać było, że nie urodziła się z dzikiej matki, była od początku doskonale zsocjalizowana z nami. Miała dom, z którego ktoś ją wyrzucił ☹

Kotka okazywała nam głęboką miłość, manifestując jednocześnie równie głęboką pogardę i nienawiść do naszych zwierząt. Na widok każdego psa i każdego kota wydawała dźwięk, przypominający strzał z bata. I prawdopodobnie dlatego wszystkie nasze zwierzęta zaczęły się potwornie bać tego wciąż jeszcze dziecka.

Ponieważ oboje jesteśmy fanami serialu „Ranczo”, kiedy patrzyłam na tego malucha, terroryzującego dziesięciokrotnie większe od siebie psy, brzmiał mi w głowie głos Babki z tego serialu: „To jest dybuk!”.

I tak oto kotka, która miała z nami zostać, dostała imię Dybuk. To trochę kontynuacja mojej tradycji, związanej z czarnymi kotami. Mój ukochany kot, którego już z nami nie ma, nazywał się Zmor. Jego następca – czarny kocur, który nam towarzyszy to Behemot. Zatem Dybuk było naturalną konsekwencją…

Dybuk okazała się być kotem wyjątkowym również wtedy, gdy jechaliśmy do Polski. Bo, jak już pisałam w poprzedniej notce, jako jedyny z naszych kotów kompletnie nie przejmuje się tym, że jest wieziona w metalowej puszce przez pół Europy. Jakby jazda kamperem była dla niej zupełnie czymś naturalnym.

Do tego stopnia, że nieźle nas wystraszyła.

W kamperze zepsuła się szuflada pod lodówką – nie chciała się stabilnie zamknąć. Żeby nie tłukła się po drodze, wyjęliśmy ją tuż przed wyjazdem. Pojawiła się wnęka, a na jej końcu – niewielki otwór. Taki 5×5 cm, prowadzący w głąb bebechów kampera. Taka trochę większa mysia norka 😉 Zapomnieliśmy o nim, wypuszczając Dybuka, pierwszy raz, z transportera. A ona natychmiast wlazła pod lodówkę i dalej.

Po 3 h zaczęliśmy się niepokoić.

Po 4 h zatrzymaliśmy się, sprawdziliśmy kamperowy bagażnik, czy nie dotarła aż tam.

Po 6 h byłam już pewna, że musiała znaleźć jakąś dziurę w podłodze i wysiadła – na postoju albo, co gorzej, podczas jazdy na autostradzie.

Krzyś przekonywał mnie, że kamper, co do zasady, nie może mieć dziur na wylot, ale sam tracił już nadzieję.

Wylazła po 7 h. Lekko zakurzona, ale wyraźnie wyspana.

Wnękę pod lodówką zapchaliśmy torbami z ubraniami i reszta podróży z Dybukiem upłynęła już całkowicie bez przygód.

W polskim domu kitka zaczęła się nieco oswajać z naszym zwierzyńcem i przestała każdego kota i psa traktować, jak stworzenie do natychmiastowej eksterminacji, ale nie zaczęła pałać do nich miłością. Nadal, najwyraźniej, była zdania, że najlepszymi towarzyszami życia są jej ludzie.

W Polsce zaczęła też tyć…

I szybko stało się jasnym, że hiszpański weterynarz mylił się, mówiąc, że nie jest w ciąży. Albo zaszła tuż przed tym, jak ją zabraliśmy do domu albo taki z niego fachowiec 😀 Bo że była już w ciąży, gdy ją spotkaliśmy pierwszy raz – nie ma wątpliwości. Po tym, jak zabraliśmy do domu nie miała na to szansy 😉

Dybuk została matką minionej nocy.

Wieczorem zauważyliśmy, że jest bardziej nerwowa niż zwykle, zatem na wszelki wypadek zamknęliśmy ją w łazience, gdzie miała przygotowane miejsce izolacji. Rano okazało się, że w transporterze jest 5 kociąt. Niestety, 2 nie żyły. Najprawdopodobniej urodziły się martwe, bo wyglądały, jakby nie do końca były wykształcone. 5 płodów, na małą i bardzo młodą kotkę to sporo…

(Kocie noworodki w domu to dla nas bardzo nietypowa sytuacja, bo u nas każde zwierzę jest wysterylizowane).

I tak oto, w ciągu 2 miesięcy przeszła od kociego dziecka, które przyszło pod nasz dom, po matkę następnych kocich dzieci.

@pomiedzy_gorami

Od kociego dziecka, po świeżo upieczoną matkę – 2 miesiące z życia Dybuka, kotki, która przejechała z nami już pół Europy. A najpierw – sama nas wybrała. Więcej o Dybuku na: https://pomiedzy.eu/jak-zostalismy-kocimi-dziadkami/#pomiedzy #catsoftikok #zwierzęta #hiszpania #zyciewpolsce #zyciewhiszpanii

♬ oryginalny dźwięk – Pomiedzy gorami a morzem – Pomiedzy gorami a morzem

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *