Jak dobrze mieć sąsiada

To będzie dość długa historia o niełatwych stosunkach z jednym sąsiadem, które, póki co, zaowocowały doniesieniem na nas, na policję.

Nasza główna nieruchomość sąsiaduje z dwoma domami weekendowymi hiszpańskich rodzin, z którymi mamy przyjacielskie stosunki. Po dokupieniu działek naszym sąsiadem stał się jeszcze Juan, z którym od początku wiedzieliśmy, że tak przyjacielsko nie będzie.

Juan jest starszym Hiszpanem, komunikuje się mieszanką języków hiszpańskiego i walenckiego. W „naszej” dolinie ma pole, na którym uprawia m.in. oliwki oraz zabudowania gospodarcze. Spędza tam czas co dzień, głównie po południu, choć mieszka w miasteczku.

Niedługo po sfinalizowaniu zakupu, wędrowałam z psem po okolicy i napotkawszy Juana, radośnie przedstawiłam mu się i zakomunikowałam, że jesteśmy teraz sąsiadami. Hiszpan nie podzielał mojego entuzjazmu. Udało mi się zrozumieć, z tego co mówił, że jest negatywnie zaskoczony, bo miał prawo pierwokupu jednej z naszych działek, graniczącej z jego własnością. Wyraził żal, że już jej nie kupi, a brakuje mu około dwudziestu arów do pełnego hektara i do prawa remontowania i rozbudowy swoich budynków.  Zapytał, czy w tej sytuacji my nie chcielibyśmy odsprzedać mu części ziemi.

Nie czułam się na siłach językowo, żeby prowadzić tak zaawansowane rozmowy, więc prosiliśmy o pomoc Anię – zaprzyjaźnioną z nami, moją nauczycielkę hiszpańskiego.

Szybko jednak okazało się, że Juan chyba nie do końca jest zainteresowany kupnem – jego zapał dla transakcji spadł, gdy okazało się, że nie dość, że musiałby zapłacić za ziemię, to jeszcze pokryć koszty obsługi prawnej i wydzielenia kawałka działki.

Nasze kontakty zamarły na rok.

Przyjechaliśmy do Hiszpanii w czerwcu i wkrótce po przyjeździe, podczas spaceru z psami, spotkaliśmy Juana.

– Woda z waszej działki spływa na moją działkę! – zakomunikował oskarżycielskim tonem.

Zacukaliśmy się lekko. Nasze nieruchomości leżą na zboczu doliny. I całkiem naturalnym wydawało nam się, że woda spływa z góry na dół. Ale najwyraźniej sąsiad był innego zdania. Na dodatek, nie widzieliśmy tam żadnej spływającej wody. Ale możliwe, że Juan miał na myśli czas DANY – wtedy na pewno jakaś woda tam spływała.

Sąsiad wyraził oczekiwanie, że rozwiążemy ten problem. Na dodatek miał dla nas gotowe rozwiązanie – wystarczy, że wykopiemy rów, który zmieni kierunek spływu wody, a ta przestanie spływać na jego gaj oliwny.

I znowu – uznaliśmy, że to zbyt zawiła kwestia, więc poprosimy przyjaciółkę, tę, z którą już rozmawiał…

Ale tym razem Ani nie udało się porozmawiać przez telefon z Juanem. Za każdym razem, kiedy próbowała, odrzucał połączenie i odsyłał wiadomość, że porozmawiają później. Po kilku razach odpuściliśmy. Jeżeli nie kwapił się do rozmowy, sprawa na pewno nie była pilna, ani poważna. No i bądźmy szczerzy – padało tak mało, że nic nie mogło tam spływać.  

Trwaliśmy w tym przekonaniu przez miesiąc, aż do pewnej wizyty na posterunku policji lokalnej.

Wybraliśmy się tam, żeby dowiedzieć się, jak zabezpieczyć naszą własność przed myśliwymi i motocyklistami na crossach, którzy czasami traktowali nasze ziemie jak swoje. Na koniec spotkania, sympatyczny policjant – Victor, rzucił:

– Wasz sąsiad złożył skargę na jakąś wodę, która spływa od was, do niego. Musimy to wyjaśnić. Spotkajmy się w przyszłym tygodniu, na miejscu.

Zmroziło nas. Składanie donosów na policję, dla mnie zdecydowanie wykraczało ponad to, co uważam za dobrosąsiedzkie stosunki, ale być może nie dla Juana.

Troszkę to nas zestresowało. Wyobraźcie sobie – jesteście obcy, w obcym środowisku, a macie tłumaczyć się przed policją z jakichś zarzutów stawianych przez sąsiada. Kilka dni, które dzieliły nas od spotkania, poświęciłam na grzebaniu w sieci.

I znalazłam coś pięknego. Artykuł 552 hiszpańskiego kodeksu cywilnego, który w tłumaczeniu na polski brzmi:

Działki położone poniżej są zobowiązane przyjąć wody, które naturalnie i bez ingerencji człowieka spływają z działek położonych powyżej, a także ziemię lub kamienie, które te wody poruszają w swoim biegu. Ani właściciel działki niższej nie może wykonywać prac, które uniemożliwiłyby tę służebność naturalną, ani właściciel działki wyższej nie może wykonywać robót, które zwiększają tę służebność.

Nie jestem prawnikiem, a już na pewno – nie jestem hiszpańskim prawnikiem, ale miałam wrażenie, że ten artykuł dotyka właśnie takich sytuacji, jak nasza. Naturalny spływ, bez ingerencji.

Uzbrojeni w wydrukowany przepis, stawiliśmy się na działce Juana w wyznaczonym terminie.

Sąsiad swoim hiszpańsko-walenckim snuł dramatyczną historię o wodzie, która spływa mu między oliwki, a policjant Victor patrzył na nas rozbawiony, a jego mina mówiła „Rozumiecie, o co mu chodzi?”

Kiedy udało mi się dojść do głosu, zapytałam, czy to przypadkiem nie jest normalne, że woda po opadach spływa ze wzniesienia z góry na dół?

– Normalne! – odpowiedział jeszcze bardziej ucieszony nie wiadomo z czego Victor. I od razu, wykorzystując przerwę w monologu sąsiada, napomknął, że on niczego nie może zrobić, narzucić, co najwyżej może mediować między sąsiadami.

Uffff… – odetchnęliśmy w duchu z Krzysiem.

Juan powtórzył swoją propozycję. Jeżeli przekopiemy rów przez naszą działkę, to woda nie będzie spływała do jego oliwek, tylko na sąsiednią działkę, będącą półpustynnym nieużytkiem.  

Nadszedł czas na nasze wystąpienie 😉 Zapewniłam Victora i Juana, że my oczywiście chcemy pomóc rozwiązać tę kwestię, bo zależy nam na dobrych stosunkach z sąsiadami, ale mamy pewne wątpliwości natury prawnej. Wyciągnęłam kartkę z wydrukowanym przepisem z kodeksu i podetknęłam policjantowi.

– Nie jestem pewna czy rozwiązanie proponowane przez Juana jest zgodne z przepisami – ciągnęłam – a my, jako obcokrajowcy, musimy działać zgodnie z prawem. Nie chciałabym, żeby za jakiś czas skargę na nas złożył właściciel tej sąsiedniej działki, którego nawet nie znam, bo przekopaliśmy rów i woda spływa do niego. Zrobimy tak. Mamy prawniczkę w Walencji. Poproszę ją o konsultację czy możemy zmieniać przepływ wody, przez naszą działkę. Wstrzymajmy na razie tę sprawę, wrócimy do niej, gdy będziemy mieć opinię prawniczki.

Po minie Victora poznałam, że hasło „wstrzymajmy na razie tę sprawę” jest prawdopodobnie najbardziej ulubionym i upragnionym przez hiszpańską policję lokalną.

Sprawie nadano bieg, a następny krok nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości. Nasza prawniczka ma dużo roboty, w sierpniu są urlopy, sprawy się nawarstwią…

Zatem nieco potrwa, zanim będziemy mogli kontynować.

A poza tym, nikt poza nami nie wie, że prosząc o opinię prawną, zapytaliśmy również o coś jeszcze. Bo gdyby się okazało, że możemy legalnie przekopać taki rów, zmienić naturalny spływ wody, to kto powinien za tę pracę zapłacić – my czy Juan? 😀

Bez wątpienia, ciąg dalszy nastąpi.

Podobne wpisy

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *