Jak (być może) uratowaliśmy konia Juana

Najwyraźniej prawdą jest, że człowiek widzi innych przez pryzmat własnego działania, poglądów itd.

Niedawno, kiedy pracowicie zbieraliśmy oliwki na działce sąsiadującej z nieruchomością Juana, zauważyliśmy, że chyba od kilku dni się nie pojawia. Nie widzieliśmy go, nie słyszeliśmy również charakterystycznych odgłosów ani rano, ani wieczorem. Nikt inny również się nie pojawiał.

Trochę się zaniepokoiliśmy. Nie z powodu Juana, bo jakoś nie darzymy go miłością, od czasu, kiedy doniósł na nas na policję. Ale sąsiad ma u siebie konia i kilka kotów.

Koni też kiedyś było więcej, w szczytowym momencie — trzy. Między innymi była klacz, która spacerowała sobie wolno po nieużytkach, ofiarowując nam nieprzeciętne doznania estetyczne.

Potem klacz się oźrebiła i Juan miał 3 konie. Klacz sprzedał, bo jak przyznał – jedzenie dla koni kosztuje. Juan zostawił sobie źrebaka i innego, starszego ogiera. Około roku temu ogier odszedł z niejasnych dla nas przyczyn i tak podrastający źrebak został sam w stajni.

Koty mogłyby sobie poradzić same, ale były wśród nich 2 małe kociaki, zatem zaczęliśmy je dokarmiać. Ale do konia nie mieliśmy dostępu. Widzieliśmy, jak stoi w stajennym  boksie i było nam go żal.

Gdybyśmy się bardzo uparli, moglibyśmy się do niego dostać, bo ogrodzenie Juan ma dość liche, ale woleliśmy nie ryzykować kolejnej afery z sąsiadem.

Napisałam zatem do niego uprzejmą wiadomość, że zauważyliśmy, że nie pojawia się od kilku dni i że niepokoimy się o jego zwierzęta. Zaproponowałam, że jeżeli potrzebuje pomocy, możemy nakarmić jego koty i konia albo udzielić mu jakiejkolwiek innej pomocy.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko.

Kilka SMSów, które wyglądały tak, jakby były odpowiedzią na pismo ze zwierzęcej opieki społecznej. Że rzeczywiście ostatnio bywa rzadziej, bo jest przeziębiony. Ale zasadniczo wszystkie jego zwierzęta są objęte opieką weterynaryjną i dostają jeść. I są w bardzo dobrej kondycji. A koty to już w ogóle mają się świetnie, a żyją na jego nieruchomości, żeby walczyć z plagą szczurów.

W pierwszej chwili osłupiałam, bo nie takiej reakcji spodziewałam się na propozycję pomocy. Ale potem zdałam sobie sprawę, że on najprawdopodobniej spodziewa się jakiegoś donosu z naszej strony i wysłał mi po prostu dupochron.

Za to kiedy następnego dnia otrzepywaliśmy oliwki, Juan pojawił się u siebie, wyprowadził konia z boksu na wybieg, dał mu jedzenie i wodę. Zerkaliśmy, jak przez długi czas koń na zmianę jadł i pił. To był jego pierwszy raz od kilku dni, kiedy wyszedł z boksu, a sądząc po tym, z jakim zapałem opróżniał wiaderka, chyba i pierwszy raz, kiedy miał dostęp do jedzenia i świeżej wody.

Niewykluczone, że dzięki przekonaniu Juana, że jesteśmy tacy jak on, uratowaliśmy jego konia.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *