Jak zrobić remont, gdy nie można zrobić remontu?

Na początek – zastrzeżenie. Ta metoda zadziałała u nas. W większości przypadków – nie zadziała w innych sytuacjach.

Wy, jeżeli planujecie zakup nieruchomości w Hiszpanii, po prostu, próbujcie się nie wpakować w taki kłopot. Zawsze, przed zakupem nieruchomości w Hiszpanii, sprawdzajcie w urzędzie lokalnym czy będziecie mogli robić remont.

To co mnie bardzo zaskoczyło, w hiszpańskim urzędzie, to proludzkie podejście. Próbując dociec, jak to z tym pozwoleniem na nasz remont będzie, trafiliśmy do Lucii, która w urzędzie zajmuje się takimi sprawami.

Ona najpierw odarła nas ze złudzeń, a potem znalazła dla nas rozwiązanie.

Wyjaśniła, że dopóki przepisy się nie zmienią, formalnie nie możemy dostać zgody na remont. Działka jest za mała i koniec. I jeżeli nam zależy, to możemy wybrać jedno z dwóch rozwiązań.

Jest możliwość wyżebrania zgody na mały remont. Trzeba napisać wniosek, złożyć go do rady. Rada, w zależności od ilości wniosków, zbiera się w tym celu raz na pół roku albo raz na rok i rozpatruje te wnioski. Jeżeli rozpatrzy pozytywnie, to w ciągu kilku miesięcy od rozpatrzenia dostaje się zgodę na tak zwane „obras menores” – czyli  małe prace remontowe.

Biorąc pod uwagę, że wszyscy w koło robią remonty bez oglądania się na przepisy, nie spodziewałabym się, że takich wniosków jest wiele, a poza tym – nie do końca o to nam chodziło. Owszem, obras menores mogłyby wystarczyć, jak optymistycznie zakładaliśmy, na doprowadzenie domu do stanu wystarczającego, ale chcieliśmy jeszcze zrobić parę rzeczy w otoczeniu – postawić wiatę na samochody, zainstalować panele fotowoltaiczne, zmienić szambo na przydomową oczyszczalnię ścieków. Niczego z tego nie załatwiłby nam taki wniosek.

Ale było jeszcze drugie rozwiązanie.

– Dokupcie ziemi, tak aby mieć powyżej hektara – powiedziała Lucia.

Wg planu nakreślonego przez nią, powinniśmy dokupić działki sąsiadujące z naszą, potem połączyć ją w jedną nieruchomość.

– Wtedy będziecie już mieli prawo do wszystkiego.

W pierwszej chwili wydawało nam się to absurdalnym pomysłem. Ale gdy się temu przyjrzeć…

Za naszym płotem były malownicze nieużytki.

Wyglądały, jakby nikt z nich nie korzystał od wieków. Częściowo wyglądały nawet jak półpustynia. Może ktoś chętnie się z nimi rozstanie?

Lucia podała nam nazwiska i adresy dwóch osób, które były właścicielami dwóch działek z którymi łączyły nas płoty. W rejestrach nie było żadnych innych metod kontaktu – tylko nazwiska i adresy. Żadna z tych działek nie  była wystarczająco duża, by sama nam wystarczyła do realizacji planu. Zatem musieliśmy kupić obie albo znaleźć właścicieli dalszych parcel. W tym już Lucia nie mogła nam pomóc – prawo pozwala przekazywać dane tylko najbliższych sąsiadów.  Pozostało nam wyruszyć na poszukiwania.

Na szczęście oba adresy były z sąsiednich miejscowości. Sąsiad po lewej miał adres w sporym apartamentowcu. Niestety, nikt nie reagował na dzwonek do drzwi. Wywiad przeprowadzony wśród innych mieszkańców piętra pozwolił nam ustalić, że kiedyś mieszkał tam jakiś mężczyzna, ale od lat się nie pojawia. Trop się urwał.

Więcej szczęścia mieliśmy z sąsiadką od frontu – zastaliśmy ją w domu i od razu wyraziła zainteresowanie transakcją. Działkę odziedziczyła po rodzicach, jej ojciec w zamierzchłej przeszłości uprawiał na niej winogrona odmiany muscat. Dowiedziawszy się po co nam jest potrzebna jej działka, w lot zrozumiała, że poza jej ziemią, potrzebujemy jeszcze kolejnej.  Jako, że odwiedziliśmy ją w piątkowe popołudnie, obiecała, że w poniedziałek pójdzie do urzędu po dane właścicieli sąsiednich parceli.

Szybko jednak stało się jasne, że mieszkańcy małej społeczności nie potrzebują odwiedzać urzędów. Kiedy zaczęła pytać znajomych, okazało się, że kuzynka szwagierki ze strony jej męża zna właścicieli następnej działki. Nie minęły 24 godziny, a uzbrojeni w ich numer, prowadziliśmy negocjacje. Tu również poszło dość łatwo – tereny te nie mają dużej wartości rolniczej, więc właściciele chętnie ich się pozbywali.

Cztery miesiące później mieliśmy już w rękach akty własności gruntów, które w połączeniu z pierwotną nieruchomością, dają blisko półtora hektara.

To otwiera nam drogę do prowadzenia niemalże dowolnych prac w domu i obok niego.

Rozwiązanie problemu, który wynikał z tego, że osoby, którym zaufaliśmy, nie wywiązały się ze swojej pracy, kosztowało nas dodatkowe pieniądze, ale przede wszystkim – było dla nas sporym stresem.

Mieliśmy szczęście, że wybraliśmy dom w miejscu, które sąsiadowało z nieużytkami. Gdyby nie to, bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji.

Ponieważ jednak nie chcieliśmy czekać zbyt długo z odnowieniem domu, wzorem naszych hiszpańskich sąsiadów, zaczęliśmy robić remont jeszcze przed załatwieniem wszystkich formalności. I kiedy mieliśmy rozgrzebane podwórko, nowe okna oparte o płot, palety z płytkami pod ścianą, odwiedziła nas niespodziewanie, towarzysko Lucia. Tak, ta właśnie Lucia z urzędu.

Wszystko przez nasza przyjacielskość – podczas kolejnej wizyty w miasteczku, wpadliśmy do urzędu, żeby dać Lucii, w prezencie, polskie słodycze. Nie zastaliśmy jej, więc prezent miał przekazać jej kolega. A Lucia postanowiła zrewanżować się za słodycze i odwiedziła nas niespodzianie, po pracy, ze słoikiem lokalnego miodu. Słodycz za słodycz. Ale nam w pierwszej chwili nieco ścierpła skóra. Zupełnie niepotrzebnie.

Ona nie zająknęła się ani słowem o tym, co widzi. My, radośnie poinformowaliśmy ją, że jesteśmy w trakcie kupowania działek.

I tak oto zrobiliśmy pierwszy etap remontu – wymieniliśmy wnętrze i niemal wszystkie okna w domu. Nielegalnie, ale z cichym przyzwoleniem Lucii z urzędu. Przed nami dalsze etapy, ale już po zalegalizowaniu prawa do remontu.